po depresji nasilonej PMSem, wieczorową porą zbiera mi się na wyznania.
- jestem taka szczęśliwa, że cię mam.
- też tak myślę. tzn, że jesteś szczęśliwa, że mnie masz.
skromność samca... jakie to romantyczne.
generalnie mam permanentą depresję, ale to już wiecie, nic się w tej kwestii nie zmieniło. tak w skrócie:
a) dowiedziałam się, że znów mogę zostać bez pracy, z powodów, z których zmieniałam pracę trzy lata temu (niż demograficzny), etatu nie będę miała na pewno - chce mnie kto zatrudnić? szybko się uczę...
b) te kolejne studia które robię, to sobie mogę wsadzić w dupę
c) moje małżeństwo robi się bezpłciowe i bezseksowe, ale będę zapoznawała was z szczegółami
d) mąż stwierdził, że najwyższy czas już na to dziecko, ale prawdopodobieńswo trafienia jego nasienia w moje jajeczkowanie, przy takiej liczbie stosunków jak obecnie, jest bardzo małe
e) normalnie mam dość, nic mnie nie cieszy
f) jesteśmy przemęczeni, oboje.
Czy kiedyś będzie choć raz z górki?
kurcze no, od kilku tygodni jestem taka przymulona, tylko bym spała i
spała. 9 wieczorem, a ja bym już nyny. całe święta przespałam, we dnie i
w nocy. totalny brak energii, zrobienie czegokolwiek zajmuje mi 2 razy
tyle czasu co normalnie.
najchętniej to bym jak ten niedźwiedź do nory weszła, ciepłą pierzyną
nakryła i obudziła się za pół roku, ale za pół roku to będzie jesień,
tylko się obudzę, a tu już trzeba będzie w nowy, zimowy sen zapadać. kiedy to wiosenne przesilenie się skończy?
mamy już wyniki ostatnich badań. małżonek genetycznie jest idealny, a ja mam 4% komórek nie ten tego, co nie powinno mieć wpływu na śmierci naszych dzidzi. te 4% to mogę mieć od urodzenia albo z wiekiem, bo właśnie u kobiet tak się dzieje. kamień z serca mi spadł. myślę, że za miesiąc zaczynamy działać pełną parą :)
skomentuj (1)
Spędzając dużo czasu w komunikacji miejskiej mam w zwyczaju
obserwować sobie ludzi i snuć o nich domysły. Jednym z kilku obiektów moich
domysłów jest pewien przystojny pan (przystojnych panów jeździ kilku), który
także jeździ w tym samym kierunku.
Od kilku miesięcy a
właściwie lat, bo ze trzy lata będzie już jak się na ten numer przesiadłam, żyję
w błogim przekonaniu, że to jakiś inteligencik, co na polinudę jedzie, na
studenta za stary, na moje oko lekko po trzydziestce, nawet sobie idiotycznie fantazjuję,
jakie badania naukowe musi przeprowadzać. Nienagannie ubrany, zawsze wszystko wyprasowane,
dopasowane, jakiś czas temu torbę zmienił, niedawno nawet fryzurę – wygląda bosko.
Siada niedaleko mnie, bo w tym autobusie każdy ma swoje miejsce.
I dziś wielkie buuu. Dzwoni telefon, odbiera, zaczyna gadać –
szczęka mi opada, czar pryska. Na polibudę na pewno nie jedzie, badań naukowych
na pewno nie robi, iloraz inteligencji znacznie mniejszy, niż mojej wybujałej wyobraźni
się wydawało. Całe moje śledztwo bierze
w łeb. Wracam do domu z bananem na ustach, rozbawiona nie jego rozmową, ale
własną tępą głupotą.
Narzekam sobie na niego, narzekam, a bez niego nie mogłabym żyć. Wielki samiec alfa w niewielkim ciele. Masakryczny bałaganiarz, obsesyjny oszczędzacz, umysł totalnie ścisły, analityk, pracoholik, zatopiony we własnych myślach, marzyciel z dziwnym poczuciem humoru, którego wiele osób nie rozumie, a ja sama zrozumiałam po wielu miesiącach/latach znajomości. Jak mnie kiedyś na uśmiechu przyłapał, to mi triumfalnie oznajmił, że w końcu nauczyłam się rozumieć jego dowcipy. Kto by mi ten syf w domu robił, kto by mi różne dziwactwa na promocjach kupował i kto by mi wczoraj tę bazę danych poprawił, jak nie on.
skomentuj (1)
Wczorajszy wieczór spędziłam w towarzystwie „oldbojów” pewnej
organizacji, do której należałam jako nastolatka. Impreza typu „powspominajmy
stare czasy” – czyli lata 90’te w całej okazałości. Zaczęło się świetnie, filmy
z tamtych lat – popłakałam się ze śmiechu; te ubrania, masakra jakaś – białe skarpetki
do czarnych spodni miał każdy obowiązkowo. Workowate bluzki z poduchami i
frędzlami, spodnie z dresa z czterema paskami, szał ciał :)
Odżyły stare wspomnienia, stare miłości. Tylko jakoś tak
trochę sztywno było. Ludzie niby ci sami, ale po latach już inni, wspólnych tematów
do rozmów jak kiedyś brak. Na tapetach domy, posady, auta, dzieci. Dzieci w
dużej ilości. Miło było powspominać te beztroskie czasy, ale po latach widać,
że oprócz wspólnej historii lat młodzieńczych nic nas już nie łączy.
Mam depresję.
Jestem przemęczona, na nic nie mam czasu. Tylko praca, studia, sen, dom i w tyle moje małżeństwo. Zapuszczone mam wszystko totalnie. Nie zdążyłam zrobić
porządków świątecznych, a tu drugie święta się zbliżają i pewnie znów się nie
wyrobię. Moja łazienka spokojnie mogłaby stanąć do konkurencji w programie
perfekcyjnej pani domu.
Co jeszcze? Połamało
mnie znów. Nie mogę siedzieć, boli mnie pośladek i ból zszedł już do samej
stopy. Dwa miechy się z tym użeram, leczę, jeżdżę na zabiegi, poprawy brak. Do
tego po 7 latach przerwy odezwały się moje zęby. Tragedia, szykuje się jakaś
kanałówka. Pani rozwierciła mi dziąsło,
a moja rozrzedzona krew zaczęła sikać na boki, jak po wyrwaniu zęba.
Pani kazała wyleczyć dziąsła i przyjść za kilka dni. Boli mnie pół szczęki.
Co jeszcze? Miesiąc temu przechodziliśmy
badania genetyczne, w sumie tyle miesięcy czekałam, to poczekałam jeszcze. Wyników
jeszcze nie mam.
Co jeszcze? Od tej chemii którą biorę na krew i bolącą dupę,
mam pryszcze na całym ciele, jak nastolatka. Dosłownie wszędzie. Wyglądam jak
potwór, jakbym przechodziła jakąś burzę hormonalną, tak się też czuję. Jakby mnie kto nie znał, to powie, że jestem wegetującym hipohondrykiem.
Co jeszcze? Moje
kolejne koleżanki zaciążają jedna po drugiej, a mnie się odechciało. Jak
patrzę, co jedna wyprawia z swoimi dzieciarami, to zaczynam wątpić w sens macierzyństwa. W piątek ją odwiedzam, odechce mi się jeszcze bardziej.
Zrobiłam
kolejnego egzaminatora do kolekcji, nie wiem po co. Mnożę papiery, a zysku z
tego mam zero. Mój pan też
ma fazę, ale nie będę dziś o nim pisać – działam za bardzo w afekcie.
Nie chce mi
się gadać i spotykać z ludźmi. Nikt mnie nie rozumie. Najlepiej to wypierdzieliłabym się w kosmos na
inną planetę, gdzie delektowałabym się swoją samotnością, ewentualnie powyżywałabym się z kilkoma kosmitami. Kiszę się we własnym domu, wiosce, pracy i znajomościach. Jedyna wiadomość która daje mi pocieszenie, to majowy wyjazd nad morze...